Goście w weekend, to miła perspektywa, pomimo przygotowań. Przyjechali do nas znajomi z dwoma dziewczynkami. Piękne są takie i grzeczne, samodzielne, no cuda po prostu. Fajnie byłoby mieć taką smerfetkę w domu i jakieś kobiece wsparcie...
Po weekendzie dużo było sprzątania i prania, a tu jeszcze przygotowania do Wielkanocy. Jedziemy jutro z samego rana, a żadna torba nie spakowana... Nerwówka, jak zwykle, chociaż mężulo jakiś spokojny i pomaga. Mam nadzieję, że te święta będą naprawdę fajne i takie ciepłe, rodzinne i że nie będę się stresować pierdołami. Zatem WESOŁEGO ALLELUJA!
Jestem wesołą mamą dwóch przystojniaków-łobuziaków i żoną pracoholika, a także właścicielką małego domku z ogródkiem, w którym rosną (a jakże) krzaczki lawendy, której zapach i kolor uwielbiam! Kocham też czekoladę w każdej postaci:)
Łączna liczba wyświetleń
czwartek, 21 kwietnia 2011
środa, 13 kwietnia 2011
Pochmurno
Siedzę sobie na kanapie, z komputerkiem na kolanach i myślę, że mimo kiepskiej pogody, bo siąpi od rana, mimo przesilenia wiosennego, mimo niskiego ciśnienia, mimo przeziębienia i kataru, mimo zmęczenia - miło jest usiąść na kanapie w pięknie wysprzątanym domku i spoglądać na trawę, która się zieleni, na las, w którym listki na gałęziach drzew są coraz większe, na drewniane skrzynki szumnie przez nas nazywane "ogródkami chłopców", w których bratki są coraz piękniejsze. I mimo tego, że wszystko zdaje się być dzisiaj "przeciw", to ja jestem "za". Za uśmiechem, za słońcem i za pogodą ducha) Miłego popołudnia!
Chrumek i okulary
Zawsze po powrocie z wyjazdu jest tyle do zrobienia. Dlaczego mężczyźni nie widzą ile robi się w domu? Dobrze, że poniedziałek miałam wolny i mogłam trochę uporządkować i tak oto rozpakowałam nasze torby z wyjazdu, zrobiłam 2 prania, wyprasowałam masę ubrań, pochowałam ubrania do szaf, wyczyściłam kibelki, wannę i umywalki, rozpakowałam zmywarkę, zapakowałam ją na nowo, ugotowałam obiad, posprzątałam kuchnię pojechałam na zakupy, zamówiłam Bąblowi nowe okulary, zawiozłam do krawcowej rzeczy do przerobienia, rozpakowałam zakupy, naniosłam drewna, rozpaliłam w kominku, wykonałam przelewy - rachunki, przywiozłam dzieci z przedszkola i nikt tego nie zauważy!!!. Dlaczego mężczyźni myślą, że wszystkie domowe obowiązki wykonują krasnoludki, a wyprane i wyprasowane koszule są w szafie, bo włożyła je tam czarodziejska ręka? Postanowiłam więc opowiedzieć mojemu mężowi ile zrobiłam i wyliczyłam wszystkie te czynności i wiecie co powiedział? "Musisz być bardzo zmęczona kochanie, usiądź i odpocznij, a ja położę dzieci spać." Może więc warto im czasem przypomnieć, że to nie krasnoludki wykonują za nas pewne czynności, tylko my je robimy i zostać w ten sposób docenionym? Czasem miło jest usłyszeć "dziękuję" za wykonaną przez nas pracę, a poza tym atmosfera w domu jest wtedy taka miła, a ja mam energię do dalszej pracy.
Przed odebraniem dzieci pojechałam zamówić Bąblowi okulary. Optyk pyta, jakie mają być szkła (oprawki Młody wybrał sobie wcześniej), no więc odpowiedziałam, że najlepsze. Muszą być cienkie i lekkie, bo ma przecież -12 i astygmatyzm. Na co on szukając w swoich katalogach, że ma jedne takie, ale będą kosztowały prawie 1100zł! Załamałam się. Byłam pewna, że będą kosztowały, ale myślałam raczej o kwocie oscylującej wokół 400. Nie spodziewałam się takiej sumy, ale przecież komfort widzenia i zdrowie dziecka jest najważniejsze. Tak więc czeka nas wydatek, ale poradzimy sobie.
Gdy byłam u krawcowej, pokazałam jej przysmolonego Chrumka. Dałam jej aksamitkę, z której można zrobić szaliczek oraz włóczkę, z której można udziergać łatkę. Pani Halinka, to bardzo miła i pomysłowa kobietka, znalazła u siebie w pracowni kawałek kremowego pluszu i stwierdziła, że zrobi mu nowy brzuszek. Powiedziała, że będzie na wtorek, a wchodząc do pracowni powiedziała swoim pracownicom :"Dziewczyny, czeka nas wykonanie operacji plastycznej brody i brzucha!" Wczoraj po przedszkolu pojechaliśmy go odebrać. Bąbel był bardzo przejęty i to napięcie udzieliło się nawet Klusce, który zwykle wszystko zlewa i nie jest wrażliwy na jakieś napięcia, czy perturbacje w domu. Tym razem nawet on się dopytywał, jak będzie wyglądał Chrumuś Bąbla. Gdy przyjechaliśmy, pani Halinka od razu wyjęła Chrumka zza lady i powiedziała "oto Twój odnowiony przyjaciel. Bardzo się starałam. Może być?" Wyglądał pięknie. Miał kremowy nowy brzuszek i brodę, a pani Halinka zawiązała mu nawet krawacik! Bąbel był zachwycony i nawet Kluska się cieszył. Tak więc Chrumkowy kryzys w naszym domu został zażegnany.
Przed odebraniem dzieci pojechałam zamówić Bąblowi okulary. Optyk pyta, jakie mają być szkła (oprawki Młody wybrał sobie wcześniej), no więc odpowiedziałam, że najlepsze. Muszą być cienkie i lekkie, bo ma przecież -12 i astygmatyzm. Na co on szukając w swoich katalogach, że ma jedne takie, ale będą kosztowały prawie 1100zł! Załamałam się. Byłam pewna, że będą kosztowały, ale myślałam raczej o kwocie oscylującej wokół 400. Nie spodziewałam się takiej sumy, ale przecież komfort widzenia i zdrowie dziecka jest najważniejsze. Tak więc czeka nas wydatek, ale poradzimy sobie.
Gdy byłam u krawcowej, pokazałam jej przysmolonego Chrumka. Dałam jej aksamitkę, z której można zrobić szaliczek oraz włóczkę, z której można udziergać łatkę. Pani Halinka, to bardzo miła i pomysłowa kobietka, znalazła u siebie w pracowni kawałek kremowego pluszu i stwierdziła, że zrobi mu nowy brzuszek. Powiedziała, że będzie na wtorek, a wchodząc do pracowni powiedziała swoim pracownicom :"Dziewczyny, czeka nas wykonanie operacji plastycznej brody i brzucha!" Wczoraj po przedszkolu pojechaliśmy go odebrać. Bąbel był bardzo przejęty i to napięcie udzieliło się nawet Klusce, który zwykle wszystko zlewa i nie jest wrażliwy na jakieś napięcia, czy perturbacje w domu. Tym razem nawet on się dopytywał, jak będzie wyglądał Chrumuś Bąbla. Gdy przyjechaliśmy, pani Halinka od razu wyjęła Chrumka zza lady i powiedziała "oto Twój odnowiony przyjaciel. Bardzo się starałam. Może być?" Wyglądał pięknie. Miał kremowy nowy brzuszek i brodę, a pani Halinka zawiązała mu nawet krawacik! Bąbel był zachwycony i nawet Kluska się cieszył. Tak więc Chrumkowy kryzys w naszym domu został zażegnany.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Wrocław, Kraków i wypadek Chrumka
W piątek po południu odebrałam moje starsze dziecko (młodsze odebrała moja mama i zabrała do siebie na weekend, bo tata był, jak zwykle w delegacji) i wyruszyliśmy do Wrocławia do okulistki. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że mamy jeszcze jakieś półtorej godziny i możemy wykorzystać ten czas na zjedzenie obiadokolacji. Czy Wy też macie wrażenie, że żadna wycieczka z dziećmi po prostu się nie liczy jeśli w jej trakcie nie zaliczy się wizyty w McDonald's?
Okulistka zbadała synka i zapisała mu nowe, silniejsze (a jakże!) okularki i zamówiła szkła kontaktowe. Tak więc mój syn, jako 5-letni mężczyzna będzie nosił kontakty, jak jego mama. Po wizycie wsiedliśmy z ciocią do auta i wyruszyliśmy do Krakowa. Było już bardzo późno, toteż Bączek usnął, jak tylko wyruszyliśmy. Dojechaliśmy do Krakowa przed 23, więc Młodego przebrałam w piżamkę "na śpiocha". Następnego ranka obudził się przed 6, bo przecież on był wyspany! Szkoda, że my nie... Wstaliśmy więc i odprowadziliśmy ciotkę na wykłady, a potem ruszyliśmy na zwiedzanie. Było ciepło, ale wiał okropny i bardzo silny i zimny wiatr, więc gdy tylko dotarliśmy do rynku weszłam do jedynego otwartego sklepu, który okazał się nieczynny, tylko drzwi były otwarte, ale ubłagałam dziewczyny, by sprzedały mi czapkę, bo już mnie uszy bolały i bałam się, że za chwilę będę miała zapalenie płuc, albo przynajmniej anginę. Uzbrojona w czapkę zabrałam syna na Wawel. Sam pomysł zamku mu się podobał, ale gdy tylko usłyszał o smoku, nie chciał dalej iść. On jest strasznym cykorem i często się boi- mój kochany Słodzinek. Po długich tłumaczeniach, że smok to legenda i pomnik, dał się przekonać, by podejść na tarasie do barierki i go zobaczyć. Rzeczywiście stał, koło swojej jaskini i wyglądał całkiem, całkiem niegroźnie. Postanowiliśmy zejść na dół. By zejść trzeba kupić bilet - na szczęście dzieci nie muszą. Tak więc schodziliśmy bardzo wąskimi i krętymi schodkami w dół, robiło się coraz ciemniej i Bąbel coraz bardziej się bał, mówiąc, że na pewno wyjdziemy w pieczarze smoka. Skąd on w ogóle zna takie słowa, jak "pieczara"? Przekonywałam go, że na pewno nie, bo przecież schodki były oddalone od smoka i wyjdziemy nad Wisłą. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że ktoś schodzi za nami. Bąbel spytał, kto tam idzie, na co ja, że jacyś młodzi ludzie. Niestety młode dziewczę idące za nami wpadło na zabawny pomysł, by powiedzieć "Smok", na co moje bardzo już przestraszone dziecko zareagowało histerycznym płaczem. Trochę trwało zanim go uspokoiłam i owa młoda dama go przeprosiła mówiąc, że to tylko dowcip i nie chciała go wystraszyć. Na szczęście okazało się, że byliśmy już kilka stopni od końca tej udręki i całe szczęście, że owi młodzi ludzie szli z nami, bo chyba sama bym się zaczęła bać. Okazało się bowiem, że mamy do przejścia kawałek ciemnego korytarza kończącego się równie skąpo oświetloną jaskinią, gdyż wyszliśmy... gdzieżby indziej jeśli nie w pieczarze Smoka Wawelskiego?! Na szczęście Bączkowi zaczęło się podobać i już nie płakał tylko oglądał smoka.
Później wróciliśmy do naszego wynajętego mieszkania, by odwiedzić toaletę i wypić herbatkę. Gdy zmywałam naczynia, usłyszałam wrzask z antresoli. Podeszłam do barierki, by go zobaczyć, ale on krzyczał, że mam go ratować, bo boli i że się oparzył. Pobiegłam więc do góry i zobaczyłam Chrumka (to jego ukochana przytulanka-świnka) wiszącego na lampce halogenowej, a właściwie do niej przyklejonego, bo zwierzak już się palił. Zrzuciłam więc prosiaczka z lampki i chwyciłam wrzeszczącego Bąbelka pod pachę i pobiegłam do łazienki włożyć oparzony paluszek pod zimną wodę. Niestety po pół godzinie trzymania w niej łapki i tak wyszedł pęcherzyk przy czym oprócz płaczu z bólu Młody darł się, że "zaprzepaścił swoje życie" i że "spalił swojego przyjaciela", a oprócz tego rozpaczał, że zniszczył lampkę i będzie musiał ze swoich pieniążków ją odkupić. To był jakiś horror! Skąd mu w ogóle takie rzeczy przychodziły do głowy? Chrumek miał wypaloną dziurkę na szyjce i Młody nawet nie chciał go widzieć. Przekonywałam, że da się go jakoś naprawić, załatać, ale jakoś nie chciał się dać przekonać. Ryczeliśmy oboje... Postanowiliśmy pobiec do apteki po maść i posmarowaliśmy paluszek. Pozostał nam tylko kłopot, co zrobić ze spaloną szyjką Chrumka. W pasmanterii znaleźliśmy włóczkę w odpowiednim kolorze, a w międzyczasie dołączyła do nas ciocia, która skończyła swoje zajęcia i zaproponowała, by kupić aksamitkę i zrobić mu szaliczek, w ten sposób zasłaniając dziurę na szyjce. Do żadnego rozwiązania Bąbelek nie był przekonany, ale był już znacznie spokojniejszy. Strasznie mnie ta sytuacja zmęczyła, a oprócz tego byłam niewyspana i miałam naprawdę dość. Na szczęście Młody odzyskiwał humor, a jak mu powiedziałyśmy, że przejedziemy się Melexem był już nawet całkiem wesoły. Wróciliśmy późno i byłam zaskoczona, że po tylu przebytych kilometrach nawet nie narzekał na bolące nóżki. Problem pojawił się po kąpieli, bo powiedział, że nawet nie chce wchodzić na antresolę i na pewno nie będzie tam spał, bo tam jest zepsuta lampka. Na szczęście, gdy ja go tuliłam i uspokajałam, siostra umyła przysmoloną żarówkę i Młody wszedł do góry i zasnął, gdy tylko przyłożył główkę do poduszki. My też padłyśmy wykończone.
W niedzielę rano wyszliśmy po śniadanku i znów na spacerek. Drugie śniadanie jedliśmy w pijalni czekolady Wedla. Przepiękne, stylowe wnętrze i przepyszne naleśniki. Młody siedział spokojnie i grzecznie zajadał (szkoda, że tak ładnie zajada jedynie czekoladę), a ja obserwowałam ludzi. Większość z nich to turyści, przukłuła jednak moją uwagę para starszych ludzi. Ona piękna dama i to piękna w każdym calu od starannie ułożonej fryzury, poprzez jedwabną koszulę, a na pantoflach na niewielkim obcasie kończąc. On - przystojny dżentelmen w garniturze. Siedzieli i czekali na kogoś i rzeczywiście po chwili zjawili się mężczyzna w średnim wieku w typie biznesmena z klasą i młoda, śliczna, uśmiechnięta dziewczyna, która od razu powiedziała ciepło i z radością "witaj babuniu". Dziewczyna miała staranny makijaż, ubrana z klasą, ale młodzieżowo. Cudownie było na nich patrzeć, nie tylko dlatego, że była to czwórka pięknych, kulturalnych, dobrze ubranych ludzi, ale była to rodzina, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem, ciepłem i miłością. Obserwowałam tych ludzi i pomyślałam sobie, że tak właśnie wyobrażam sobie krakowską elitę - ludzie eleganccy, starannie wyglądający, spotykający się w niedzielne przedpołudnie w kawiarni. Byli fantastyczni, wywarli na mnie duże wrażenie.
Wyruszyliśmy do domu wczesnym popołudniem i zostawiwszy siostrę we Wrocławiu, pojechaliśmy dalej sami, do domu. Tata z młodszym synkiem ucieszyli się bardzo na nasz widok, a ja stwierdziłam, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, bo nie ma to, jak wyspać się we własnym łóżku z ukochanym mężczyzną u boku.
Okulistka zbadała synka i zapisała mu nowe, silniejsze (a jakże!) okularki i zamówiła szkła kontaktowe. Tak więc mój syn, jako 5-letni mężczyzna będzie nosił kontakty, jak jego mama. Po wizycie wsiedliśmy z ciocią do auta i wyruszyliśmy do Krakowa. Było już bardzo późno, toteż Bączek usnął, jak tylko wyruszyliśmy. Dojechaliśmy do Krakowa przed 23, więc Młodego przebrałam w piżamkę "na śpiocha". Następnego ranka obudził się przed 6, bo przecież on był wyspany! Szkoda, że my nie... Wstaliśmy więc i odprowadziliśmy ciotkę na wykłady, a potem ruszyliśmy na zwiedzanie. Było ciepło, ale wiał okropny i bardzo silny i zimny wiatr, więc gdy tylko dotarliśmy do rynku weszłam do jedynego otwartego sklepu, który okazał się nieczynny, tylko drzwi były otwarte, ale ubłagałam dziewczyny, by sprzedały mi czapkę, bo już mnie uszy bolały i bałam się, że za chwilę będę miała zapalenie płuc, albo przynajmniej anginę. Uzbrojona w czapkę zabrałam syna na Wawel. Sam pomysł zamku mu się podobał, ale gdy tylko usłyszał o smoku, nie chciał dalej iść. On jest strasznym cykorem i często się boi- mój kochany Słodzinek. Po długich tłumaczeniach, że smok to legenda i pomnik, dał się przekonać, by podejść na tarasie do barierki i go zobaczyć. Rzeczywiście stał, koło swojej jaskini i wyglądał całkiem, całkiem niegroźnie. Postanowiliśmy zejść na dół. By zejść trzeba kupić bilet - na szczęście dzieci nie muszą. Tak więc schodziliśmy bardzo wąskimi i krętymi schodkami w dół, robiło się coraz ciemniej i Bąbel coraz bardziej się bał, mówiąc, że na pewno wyjdziemy w pieczarze smoka. Skąd on w ogóle zna takie słowa, jak "pieczara"? Przekonywałam go, że na pewno nie, bo przecież schodki były oddalone od smoka i wyjdziemy nad Wisłą. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że ktoś schodzi za nami. Bąbel spytał, kto tam idzie, na co ja, że jacyś młodzi ludzie. Niestety młode dziewczę idące za nami wpadło na zabawny pomysł, by powiedzieć "Smok", na co moje bardzo już przestraszone dziecko zareagowało histerycznym płaczem. Trochę trwało zanim go uspokoiłam i owa młoda dama go przeprosiła mówiąc, że to tylko dowcip i nie chciała go wystraszyć. Na szczęście okazało się, że byliśmy już kilka stopni od końca tej udręki i całe szczęście, że owi młodzi ludzie szli z nami, bo chyba sama bym się zaczęła bać. Okazało się bowiem, że mamy do przejścia kawałek ciemnego korytarza kończącego się równie skąpo oświetloną jaskinią, gdyż wyszliśmy... gdzieżby indziej jeśli nie w pieczarze Smoka Wawelskiego?! Na szczęście Bączkowi zaczęło się podobać i już nie płakał tylko oglądał smoka.
Później wróciliśmy do naszego wynajętego mieszkania, by odwiedzić toaletę i wypić herbatkę. Gdy zmywałam naczynia, usłyszałam wrzask z antresoli. Podeszłam do barierki, by go zobaczyć, ale on krzyczał, że mam go ratować, bo boli i że się oparzył. Pobiegłam więc do góry i zobaczyłam Chrumka (to jego ukochana przytulanka-świnka) wiszącego na lampce halogenowej, a właściwie do niej przyklejonego, bo zwierzak już się palił. Zrzuciłam więc prosiaczka z lampki i chwyciłam wrzeszczącego Bąbelka pod pachę i pobiegłam do łazienki włożyć oparzony paluszek pod zimną wodę. Niestety po pół godzinie trzymania w niej łapki i tak wyszedł pęcherzyk przy czym oprócz płaczu z bólu Młody darł się, że "zaprzepaścił swoje życie" i że "spalił swojego przyjaciela", a oprócz tego rozpaczał, że zniszczył lampkę i będzie musiał ze swoich pieniążków ją odkupić. To był jakiś horror! Skąd mu w ogóle takie rzeczy przychodziły do głowy? Chrumek miał wypaloną dziurkę na szyjce i Młody nawet nie chciał go widzieć. Przekonywałam, że da się go jakoś naprawić, załatać, ale jakoś nie chciał się dać przekonać. Ryczeliśmy oboje... Postanowiliśmy pobiec do apteki po maść i posmarowaliśmy paluszek. Pozostał nam tylko kłopot, co zrobić ze spaloną szyjką Chrumka. W pasmanterii znaleźliśmy włóczkę w odpowiednim kolorze, a w międzyczasie dołączyła do nas ciocia, która skończyła swoje zajęcia i zaproponowała, by kupić aksamitkę i zrobić mu szaliczek, w ten sposób zasłaniając dziurę na szyjce. Do żadnego rozwiązania Bąbelek nie był przekonany, ale był już znacznie spokojniejszy. Strasznie mnie ta sytuacja zmęczyła, a oprócz tego byłam niewyspana i miałam naprawdę dość. Na szczęście Młody odzyskiwał humor, a jak mu powiedziałyśmy, że przejedziemy się Melexem był już nawet całkiem wesoły. Wróciliśmy późno i byłam zaskoczona, że po tylu przebytych kilometrach nawet nie narzekał na bolące nóżki. Problem pojawił się po kąpieli, bo powiedział, że nawet nie chce wchodzić na antresolę i na pewno nie będzie tam spał, bo tam jest zepsuta lampka. Na szczęście, gdy ja go tuliłam i uspokajałam, siostra umyła przysmoloną żarówkę i Młody wszedł do góry i zasnął, gdy tylko przyłożył główkę do poduszki. My też padłyśmy wykończone.
W niedzielę rano wyszliśmy po śniadanku i znów na spacerek. Drugie śniadanie jedliśmy w pijalni czekolady Wedla. Przepiękne, stylowe wnętrze i przepyszne naleśniki. Młody siedział spokojnie i grzecznie zajadał (szkoda, że tak ładnie zajada jedynie czekoladę), a ja obserwowałam ludzi. Większość z nich to turyści, przukłuła jednak moją uwagę para starszych ludzi. Ona piękna dama i to piękna w każdym calu od starannie ułożonej fryzury, poprzez jedwabną koszulę, a na pantoflach na niewielkim obcasie kończąc. On - przystojny dżentelmen w garniturze. Siedzieli i czekali na kogoś i rzeczywiście po chwili zjawili się mężczyzna w średnim wieku w typie biznesmena z klasą i młoda, śliczna, uśmiechnięta dziewczyna, która od razu powiedziała ciepło i z radością "witaj babuniu". Dziewczyna miała staranny makijaż, ubrana z klasą, ale młodzieżowo. Cudownie było na nich patrzeć, nie tylko dlatego, że była to czwórka pięknych, kulturalnych, dobrze ubranych ludzi, ale była to rodzina, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem, ciepłem i miłością. Obserwowałam tych ludzi i pomyślałam sobie, że tak właśnie wyobrażam sobie krakowską elitę - ludzie eleganccy, starannie wyglądający, spotykający się w niedzielne przedpołudnie w kawiarni. Byli fantastyczni, wywarli na mnie duże wrażenie.
Wyruszyliśmy do domu wczesnym popołudniem i zostawiwszy siostrę we Wrocławiu, pojechaliśmy dalej sami, do domu. Tata z młodszym synkiem ucieszyli się bardzo na nasz widok, a ja stwierdziłam, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, bo nie ma to, jak wyspać się we własnym łóżku z ukochanym mężczyzną u boku.
czwartek, 7 kwietnia 2011
Dziwne
Zastanawialiście się kiedyś jak to jest mieć wszystko i być szczęśliwym, ale jednak nie do końca. Jak to jest, że wciąż za czymś gonimy i nie potrafimy cieszyć się tym, co mamy? Dlaczego skupiamy się na tym, czego wciąż nie mamy? Tak właśnie jest czasami ze mną. Wciąż skupiam się na nowej rzeczy, którą mogę mieć, albo miejscu, które mogę odwiedzić zapominając o tym co mam tu i teraz. Ostatnio kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, coraz cześciej znajduję chwilę, by się zatrzymać i zastanowić nad tym, że trzeba pochwalić dzieci za to, że ładnie zjadły obiad, że grzecznie się bawili, że może warto powiedzieć mężowi "dobrze, że jesteś". Nie doceniamy tego co mamy, ale czas to zmienić. Cieszmy się każdym dniem, piękną pogodą, uśmiechem sąsiada. Często ludzie są dla nas nieżyczliwi, że nie widzimy, gdy ktoś robi coś specjalnie dla nas. Znam pewnego pana, który jest sprzedawcą w kiosku z gazetami, który czasem odwiedzam i wysyłam od niego lotka. Jest to człowiek, który nigdy się nie uśmiecha i któregoś dnia koleżanka, którą spotkałam przypadkowo w tymże kiosku powiedziała do mnie "ale z niego gbur" i rzeczywiście tak sobie można o nim pomyśleć, ale ja pomyślałam wtedy, że jest to człowiek bardzo nieszczęśliwy i za każdym razem, gdy u niego jestem życzę mu miłego dnia dziękując za gazety i on się nigdy do mnie nie uśmiechnął, ale wierzę, że któregoś dnia to się zmieni.
Z drugiej strony biegałam wczoraj po aptekach, bo nikt nie chciał zrobić maści mojemu dziecku na już. Zadzwoniłam więc do lekarki z pytaniem, czy to mogą być krople (bo są gotowe i nie trzeba czekać na zrobienie). Powiedziała, że można, ale wtedy zaczął się kłopot, bo na recepcie jest maść, a nie krople, ale w aptece, w której dość często kupuję leki panie powiedziały, że sprzedadzą mi te krople, bo wierzą, że nie chcę zrobić swojemu dziecku krzywdy. Byłam taka zmęczona tymi aptekami, a ona była taka miła i pomocna. Są więc mili i chcący nam pomóc ludzie, tylko musimy chcieć ich zauważyć. A może my zróbmy coś dla innych i wyjdźmy jutro z domu z uśmiechem? Dobro powraca! Życzę Wam więc uśmiechu na twarzach ludzi, których spotykacie, ale także na Waszych buźkach:)
Z drugiej strony biegałam wczoraj po aptekach, bo nikt nie chciał zrobić maści mojemu dziecku na już. Zadzwoniłam więc do lekarki z pytaniem, czy to mogą być krople (bo są gotowe i nie trzeba czekać na zrobienie). Powiedziała, że można, ale wtedy zaczął się kłopot, bo na recepcie jest maść, a nie krople, ale w aptece, w której dość często kupuję leki panie powiedziały, że sprzedadzą mi te krople, bo wierzą, że nie chcę zrobić swojemu dziecku krzywdy. Byłam taka zmęczona tymi aptekami, a ona była taka miła i pomocna. Są więc mili i chcący nam pomóc ludzie, tylko musimy chcieć ich zauważyć. A może my zróbmy coś dla innych i wyjdźmy jutro z domu z uśmiechem? Dobro powraca! Życzę Wam więc uśmiechu na twarzach ludzi, których spotykacie, ale także na Waszych buźkach:)
DOLCE VITA!
Zastanawialiście się kiedyś co to jest Dolce Vita i co ona dla Was oznacza? Dolce Vita - słodkie życie kojarzy mi się z wieloma rzeczami, ale przede wszystkim z Włochami (krajem - nie z mężczyznami), słonecznikami, lodami, spokojem, zgodą, słońcem (duuużo słońca), wodą (jakąkolwiek morze, staw, czy nawet fontanna), winem, pysznym jedzeniem, spożywanym na świeżym powietrzu, spacerem po plaży, letnią pastelową sukienką i opaską we włosach, ale co dziwne także z Fellinim. Dziwne, bo nie widziałam ani jednego filmu tego twórcy. Te wszystkie rzeczy z którymi kojarzy się Dolce Vita można chyba zamknąć w jedną klamrę i określić jednym słowem - wakacje. Tego mi właśnie potrzeba. Jestem zmęczona pochmurnym niebem, codziennymi obowiązkami, tą nerwówką i bieganiną i potrzebuję wakacji. Nie mogę się już doczekać naszego rodzinnego wyjazdu nad morze na święta, ale myślę też sobie, że baaardzo chciałabym pojechać do Włoch. Może na rocznicę ślubu (w czerwcu) zaproponuję mężowi krótki, romantyczny wyjazd we dwoje do Rzymu, czy Wenecji. Ależ byłoby pięknie spacerować po Wiecznym Mieście, albo odwiedzić Stolicę Miłości. On tam nigdy nie był więc może, może... oczywiście wszystko zależy od jego pracy i stanu portfela... Ale co tam może się uda. Trzeba wierzyć, że nam się uda, to na pewno tak się właśnie stanie.
Póki co, jadę jutro z moim starszym dzieciątkiem do okulisty, do Wrocławia, a późnym wieczorem siostra zabiera nas (dziecko i mnie) na weekend w Krakowie, wiec będzie cudnie. Może właśnie tam, w ten weekend poczuję odrobiny magii Dolce Vita? Miłego weekendu moi drodzy!
Póki co, jadę jutro z moim starszym dzieciątkiem do okulisty, do Wrocławia, a późnym wieczorem siostra zabiera nas (dziecko i mnie) na weekend w Krakowie, wiec będzie cudnie. Może właśnie tam, w ten weekend poczuję odrobiny magii Dolce Vita? Miłego weekendu moi drodzy!
środa, 6 kwietnia 2011
Nadeszła wiosna! Niedługo Wielkanoc!
Każdy już zauważył, że słonko coraz cieplej przygrzewa, wczoraj jechałam z otwartym oknem w aucie, a gdy otwieramy okno w domu, słyszymy ptaki śpiewające w lesie. Czy może być coś piękniejszego, niż wiosna? Krokusy w trawniku są takie żółciutkie, że aż biją po oczach, trawa (po wertykulacji i napowietrzeniu) też już zaczyna się zielenić. W centrum widziałam już nawet żonkile, ale u nas jest sporo cienia i wszystko jest nieco opóźnione. W sobotę posadziłam bratki do moich nowych, pięknych skrzynek, które stoją na parapetach i już się pięknie zagęszczają i pięknieją. Przed domem zawieszony został zając wielkanocny, a do skrzynek wbite ozdoby na patyczkach. Na ganku stoi wazon z gałązkami uciętymi w lesie, a na nich powieszone są już zielone pisanki. Wiosenne porządki w domku zostały zakończone (z wyjątkiem prania kanapy, to wciąż przede mną) i wszystkie dekoracje są już w domu zainstalowane, więc jest pięknie. Aż się czuje zapach świąt. Pięknie!
Na święta wyjeżdżamy nad morze. To już pewne, bo wczoraj wszystko zarezerwowałam. Nigdy nie wyjeżdżaliśmy na święta, a w tym roku postanowiliśmy odpocząć do siedzenia przy stole i śmigusa-dyngusa zrobić dzieciom na basenie i niech pryskają do woli, ależ będą szczęśliwi! Pospacerujemy po plaży, chłopaki będą malować pisanki i nie będę miała stresu, że zafajdają dywan. Zawsze, jak sobie pomyślę o sprzątaniu po ich zabawie farbami, to wolę im zaproponować inną zabawę, bo szlag mnie trafia na myśl o wycieraniu kolorowych plam ze stołu, podłogi, ścian i ich buziek. Mój mąż mówi, że mam dupościsk i pewnie ma rację, bo jestem niestety straszny nerwus:( Ale pracuję nad tym:) Chłopcy baaardzo się cieszą na ten wyjazd i już się zastanawiają co ze sobą zabrać. Tak więc spędzimy (mam nadzieję) miłe i spokojne święta w naszym wąskim gronie i mam nadzieję, że nie będziemy się mocno kłócić z okazji tego wyjazdu, taki mam przynajmniej plan: będę miła, spokojna i nie dam się sprowokować dzieciom, ani mężusiowi, o nie! Wszystko sama zorganizuję, zapakuję wszystkie klunkry na wyjazd i nie będę się stresować, bo to będzie piękny wyjazd, oby rzeczywiście tak było...
Na święta wyjeżdżamy nad morze. To już pewne, bo wczoraj wszystko zarezerwowałam. Nigdy nie wyjeżdżaliśmy na święta, a w tym roku postanowiliśmy odpocząć do siedzenia przy stole i śmigusa-dyngusa zrobić dzieciom na basenie i niech pryskają do woli, ależ będą szczęśliwi! Pospacerujemy po plaży, chłopaki będą malować pisanki i nie będę miała stresu, że zafajdają dywan. Zawsze, jak sobie pomyślę o sprzątaniu po ich zabawie farbami, to wolę im zaproponować inną zabawę, bo szlag mnie trafia na myśl o wycieraniu kolorowych plam ze stołu, podłogi, ścian i ich buziek. Mój mąż mówi, że mam dupościsk i pewnie ma rację, bo jestem niestety straszny nerwus:( Ale pracuję nad tym:) Chłopcy baaardzo się cieszą na ten wyjazd i już się zastanawiają co ze sobą zabrać. Tak więc spędzimy (mam nadzieję) miłe i spokojne święta w naszym wąskim gronie i mam nadzieję, że nie będziemy się mocno kłócić z okazji tego wyjazdu, taki mam przynajmniej plan: będę miła, spokojna i nie dam się sprowokować dzieciom, ani mężusiowi, o nie! Wszystko sama zorganizuję, zapakuję wszystkie klunkry na wyjazd i nie będę się stresować, bo to będzie piękny wyjazd, oby rzeczywiście tak było...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)