Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 2 października 2011

Strata...

Dlaczego to tak bardzo boli? Czy ta rana w sercu się kiedyś zagoi? Czy kolejna ciąża i kolejne dziecko pozwolą zapomnieć o tym, które odeszło? Dlaczego tyle miesięcy po stracie nadal czuję przerażającą pustkę w sercu? Czy ona kiedyś zniknie? Czy zawsze już będę się zastanawiała, że teraz Mój Skarb kończyłby prawie dwa miesiące, a potem pół roku? Że teraz pewnie stawiałby pierwsze kroki, albo szedł do szkoły, ale GO NIE MA!!! A co najgorsze już nigdy nie będzie. Nawet nie wiem jakiej płci, był Maluszek, ale czy to jest istotne? Czy istotne jest, czy byłaby to Nina, czy Julian? Czy już do końca życia będę żyć od jednego do drugiego dołka, kiedy to coś mi o Nim przypomni? Jakaś dziewczynka na basenie chlapiąca wodą w tatusia, siostra, która za trzy tygodnie rodzi i użala się nad sobą niemiłosiernie, a może coś jeszcze innego.
A może warto wybrać płeć utraconego dziecka i wybrać mu imię? Może wtedy łatwiej przetrwać tę żałobę. Dlaczego wszyscy wokół mówią nam, gdy jesteśmy smutni, żebyśmy się uśmiechnęli? A może potrzebujemy się czasem posmucić, może to jest właśnie dla nas. Nie tylko dobre emocje są dobre, czasem może warto zajrzeć wgłąb swojej mrocznej strony, by coś dostrzec. Wierzę, że to dziecko zjawiło się w moim sercu i życiu po coś i wypełniło już swoje zadanie na ziemi.

czwartek, 15 września 2011

Idzie jesień

W końcu mój ukochany i poślubiony zakończył budowę i się przeprowadził. Trwało to baaardzo długo, ale wczoraj się zakończyło i wszystko jest już na nowym miejscu:) Czas na otwarcie i powstaje pytanie: zrobić samemu, czy zatrudnić catering? Zaprosić tylko pracowników, czy współpracowników też? Okazuje się, że szykuje się niezła impreza.
W sobotę mamy zjazd rodzinny ze strony męża, więc szykujemy się na miłą imprezkę. Niestety przypadł mi w pakiecie nocleg u teściowej, ale jakoś przeboleję, w końcu spotkamy się z tyloma miłymi ludźmi i pojemy przysmaki wszystkich jego cioć i cioteczek.
Mimo jesiennego lata wrzesień mamy piękny i choć wieczory i ranki są już chłodne, to popołudnia są cudnie słoneczne i ciepłe. Oby tak dalej, to będziemy mieli w tym roku złotą, polską jesień. Byłoby pięknie zwłaszcza, że w połowie października jadę z dziećmi nad morze, więc liczę na ładną pogodę.
Gdy tak patrzę na rodzące się wokół kolory jesieni, to mam ochotę zapalić w kominku i udekorować dom jesienią, tymi pomarańczami i czerwieniami... Ach, poczekam jeszcze chwilę, może w przyszłym tygodniu.

czwartek, 21 lipca 2011

Pada...

Cóż to za jesień tego lata. Pada i pada, nosa się nie chce wychylić za drzwi domu. Patrzyłam dziś z moim Młodszym (nie chodzi do przedszkola, bo jest na diecie po zatruciu) na ogród i to co spada z niebios i tłumaczyłam mu skąd się bierze. Pomyślałam, że szkoda by tak po prostu padało. Ubrałam więc kalosze, założyłam kaptur i wyszłam podstawić wiadro pod jedną cieknącą rynnę i konewkę pod drugą, by móc tę wodę wykorzystać później do podlewania. Gdy podeszłam do drzwi balkonowych z zamiarem wejścia do domu, okazało się, że mój synuś złapał za klamkę i skierował ją w dól, czym po prostu zamknął drzwi. Stałam więc na tarasie próbując przekonać mojego trzylatka, by podniósł klamkę i wpuścił mamusię do domku, bo pada okropnie i zimno. Po jakiś 10 minutach udało mi się w końcu wejść do środka. Spodnie miałam mokre, po kurtce spłynęło:) Fajnie mieć takie przygody z dziećmi. One nas tak często zaskakują.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Przygotowania

Goście w weekend, to miła perspektywa, pomimo przygotowań. Przyjechali do nas znajomi z dwoma dziewczynkami. Piękne są takie i grzeczne, samodzielne, no cuda po prostu. Fajnie byłoby mieć taką smerfetkę w domu i jakieś kobiece wsparcie...
Po weekendzie dużo było sprzątania i prania, a tu jeszcze przygotowania do Wielkanocy. Jedziemy jutro z samego rana, a żadna torba nie spakowana... Nerwówka, jak zwykle, chociaż mężulo jakiś spokojny i pomaga. Mam nadzieję, że te święta będą naprawdę fajne i takie ciepłe, rodzinne i że nie będę się stresować pierdołami. Zatem WESOŁEGO ALLELUJA!

środa, 13 kwietnia 2011

Pochmurno

Siedzę sobie na kanapie, z komputerkiem na kolanach i myślę, że mimo kiepskiej pogody, bo siąpi od rana, mimo przesilenia wiosennego, mimo niskiego ciśnienia, mimo przeziębienia i kataru, mimo zmęczenia - miło jest usiąść na kanapie w pięknie wysprzątanym domku i spoglądać na trawę, która się zieleni, na las, w którym listki na gałęziach drzew są coraz większe, na drewniane skrzynki szumnie przez nas nazywane "ogródkami chłopców", w których bratki są coraz piękniejsze. I mimo tego, że wszystko zdaje się być dzisiaj "przeciw", to ja jestem "za". Za uśmiechem, za słońcem i za pogodą ducha) Miłego popołudnia!

Chrumek i okulary

Zawsze po powrocie z wyjazdu jest tyle do zrobienia. Dlaczego mężczyźni nie widzą ile robi się w domu? Dobrze, że poniedziałek miałam wolny i mogłam trochę uporządkować i tak oto rozpakowałam nasze torby z wyjazdu, zrobiłam 2 prania, wyprasowałam masę ubrań, pochowałam ubrania do szaf, wyczyściłam kibelki, wannę i umywalki, rozpakowałam zmywarkę, zapakowałam ją na nowo, ugotowałam obiad, posprzątałam kuchnię pojechałam na zakupy, zamówiłam Bąblowi nowe okulary, zawiozłam do krawcowej rzeczy do przerobienia, rozpakowałam zakupy, naniosłam drewna, rozpaliłam w kominku, wykonałam przelewy - rachunki, przywiozłam dzieci z przedszkola i nikt tego nie zauważy!!!. Dlaczego mężczyźni myślą, że wszystkie domowe obowiązki wykonują krasnoludki, a wyprane i wyprasowane koszule są w szafie, bo włożyła je tam czarodziejska ręka? Postanowiłam więc opowiedzieć mojemu mężowi ile zrobiłam i wyliczyłam wszystkie te czynności i wiecie co powiedział? "Musisz być bardzo zmęczona kochanie, usiądź i odpocznij, a ja położę dzieci spać." Może więc warto im czasem przypomnieć, że to nie krasnoludki wykonują za nas pewne czynności, tylko my je robimy i zostać w ten sposób docenionym? Czasem miło jest usłyszeć "dziękuję" za wykonaną przez nas pracę, a poza tym atmosfera w domu jest wtedy taka miła, a ja mam energię do dalszej pracy.
Przed odebraniem dzieci pojechałam zamówić Bąblowi okulary. Optyk pyta, jakie mają być szkła (oprawki Młody wybrał sobie wcześniej), no więc odpowiedziałam, że najlepsze. Muszą być cienkie i lekkie, bo ma przecież -12 i astygmatyzm. Na co on szukając w swoich katalogach, że ma jedne takie, ale będą kosztowały prawie 1100zł! Załamałam się. Byłam pewna, że będą kosztowały, ale myślałam raczej o kwocie oscylującej wokół 400. Nie spodziewałam się takiej sumy, ale przecież komfort widzenia i zdrowie dziecka jest najważniejsze. Tak więc czeka nas wydatek, ale poradzimy sobie.
Gdy byłam u krawcowej, pokazałam jej przysmolonego Chrumka. Dałam jej aksamitkę, z której można zrobić szaliczek oraz włóczkę, z której można udziergać łatkę. Pani Halinka, to bardzo miła i pomysłowa kobietka, znalazła u siebie w pracowni kawałek kremowego pluszu i stwierdziła, że zrobi mu nowy brzuszek. Powiedziała, że będzie na wtorek, a wchodząc do pracowni powiedziała swoim pracownicom :"Dziewczyny, czeka nas wykonanie operacji plastycznej brody i brzucha!" Wczoraj po przedszkolu pojechaliśmy go odebrać. Bąbel był bardzo przejęty i to napięcie udzieliło się nawet Klusce, który zwykle wszystko zlewa i nie jest wrażliwy na jakieś napięcia, czy perturbacje w domu. Tym razem nawet on się dopytywał, jak będzie wyglądał Chrumuś Bąbla. Gdy przyjechaliśmy, pani Halinka od razu wyjęła Chrumka zza lady i powiedziała "oto Twój odnowiony przyjaciel. Bardzo się starałam. Może być?" Wyglądał pięknie. Miał kremowy nowy brzuszek i brodę, a pani Halinka zawiązała mu nawet krawacik! Bąbel był zachwycony i nawet Kluska się cieszył. Tak więc Chrumkowy kryzys w naszym domu został zażegnany.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wrocław, Kraków i wypadek Chrumka

W piątek po południu odebrałam moje starsze dziecko (młodsze odebrała moja mama i zabrała do siebie na weekend, bo tata był, jak zwykle w delegacji) i wyruszyliśmy do Wrocławia do okulistki. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że mamy jeszcze jakieś półtorej godziny i możemy wykorzystać ten czas na zjedzenie obiadokolacji. Czy Wy też macie wrażenie, że żadna wycieczka z dziećmi po prostu się nie liczy jeśli w jej trakcie nie zaliczy się wizyty w McDonald's?
Okulistka zbadała synka i zapisała mu nowe, silniejsze (a jakże!) okularki i zamówiła szkła kontaktowe. Tak więc mój syn, jako 5-letni mężczyzna będzie nosił kontakty, jak jego mama. Po wizycie wsiedliśmy z ciocią do auta i wyruszyliśmy do Krakowa. Było już bardzo późno, toteż Bączek usnął, jak tylko wyruszyliśmy. Dojechaliśmy do Krakowa przed 23, więc Młodego przebrałam w piżamkę "na śpiocha". Następnego ranka obudził się przed 6, bo przecież on był wyspany! Szkoda, że my nie... Wstaliśmy więc i odprowadziliśmy ciotkę na wykłady, a potem ruszyliśmy na zwiedzanie. Było ciepło, ale wiał okropny i bardzo silny i zimny wiatr, więc gdy tylko dotarliśmy do rynku weszłam do jedynego otwartego sklepu, który okazał się nieczynny, tylko drzwi były otwarte, ale ubłagałam dziewczyny, by sprzedały mi czapkę, bo już mnie uszy bolały i bałam się, że za chwilę będę miała zapalenie płuc, albo przynajmniej anginę. Uzbrojona w czapkę zabrałam syna na Wawel. Sam pomysł zamku mu się podobał, ale gdy tylko usłyszał o smoku, nie chciał dalej iść. On jest strasznym cykorem i często się boi- mój kochany Słodzinek. Po długich tłumaczeniach, że smok to legenda i pomnik, dał się przekonać, by podejść na tarasie do barierki i go zobaczyć. Rzeczywiście stał, koło swojej jaskini i wyglądał całkiem, całkiem niegroźnie. Postanowiliśmy zejść na dół. By zejść trzeba kupić bilet - na szczęście dzieci nie muszą. Tak więc schodziliśmy bardzo wąskimi i krętymi schodkami w dół, robiło się coraz ciemniej i Bąbel coraz bardziej się bał, mówiąc, że na pewno wyjdziemy w pieczarze smoka. Skąd on w ogóle zna takie słowa, jak "pieczara"? Przekonywałam go, że na pewno nie, bo przecież schodki były oddalone od smoka i wyjdziemy nad Wisłą. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że ktoś schodzi za nami. Bąbel spytał, kto tam idzie, na co ja, że jacyś młodzi ludzie. Niestety młode dziewczę idące za nami wpadło na zabawny pomysł, by powiedzieć "Smok", na co moje bardzo już przestraszone dziecko zareagowało histerycznym płaczem. Trochę trwało zanim go uspokoiłam i owa młoda dama go przeprosiła mówiąc, że to tylko dowcip i nie chciała go wystraszyć. Na szczęście okazało się, że byliśmy już kilka stopni od końca tej udręki i całe szczęście, że owi młodzi ludzie szli z nami, bo chyba sama bym się zaczęła bać. Okazało się bowiem, że mamy do przejścia kawałek ciemnego korytarza kończącego się równie skąpo oświetloną jaskinią, gdyż wyszliśmy... gdzieżby indziej jeśli nie w pieczarze Smoka Wawelskiego?! Na szczęście Bączkowi zaczęło się podobać i już nie płakał tylko oglądał smoka.
Później wróciliśmy do naszego wynajętego mieszkania, by odwiedzić toaletę i wypić herbatkę. Gdy zmywałam naczynia, usłyszałam wrzask z antresoli. Podeszłam do barierki, by go zobaczyć, ale on krzyczał, że mam go ratować, bo boli i że się oparzył. Pobiegłam więc do góry i zobaczyłam Chrumka (to jego ukochana przytulanka-świnka) wiszącego na lampce halogenowej, a właściwie do niej przyklejonego, bo zwierzak już się palił. Zrzuciłam więc prosiaczka z lampki i chwyciłam  wrzeszczącego Bąbelka pod pachę i pobiegłam do łazienki włożyć oparzony paluszek pod zimną wodę. Niestety po pół godzinie trzymania w niej łapki i tak wyszedł pęcherzyk przy czym oprócz płaczu z bólu Młody darł się, że "zaprzepaścił swoje życie" i że "spalił swojego przyjaciela", a oprócz tego rozpaczał, że zniszczył lampkę i będzie musiał ze swoich pieniążków ją odkupić. To był jakiś horror! Skąd mu w ogóle takie rzeczy przychodziły do głowy? Chrumek miał wypaloną dziurkę na szyjce i Młody nawet nie chciał go widzieć. Przekonywałam, że da się go jakoś naprawić, załatać, ale jakoś nie chciał się dać przekonać. Ryczeliśmy oboje... Postanowiliśmy pobiec do apteki po maść i posmarowaliśmy paluszek. Pozostał nam tylko kłopot, co zrobić ze spaloną szyjką Chrumka. W pasmanterii znaleźliśmy włóczkę w odpowiednim kolorze, a w międzyczasie dołączyła do nas ciocia, która skończyła swoje zajęcia i zaproponowała, by kupić aksamitkę i zrobić mu szaliczek, w ten sposób zasłaniając dziurę na szyjce. Do żadnego rozwiązania Bąbelek nie był przekonany, ale był już znacznie spokojniejszy. Strasznie mnie ta sytuacja zmęczyła, a oprócz tego byłam niewyspana i miałam naprawdę dość. Na szczęście Młody odzyskiwał humor, a jak mu powiedziałyśmy, że przejedziemy się Melexem był już nawet całkiem wesoły. Wróciliśmy późno i byłam zaskoczona, że po tylu przebytych kilometrach nawet nie narzekał na bolące nóżki. Problem pojawił się po kąpieli, bo powiedział, że nawet nie chce wchodzić na antresolę i na pewno nie będzie tam spał, bo tam jest zepsuta lampka. Na szczęście, gdy ja go tuliłam i uspokajałam, siostra umyła przysmoloną żarówkę i Młody wszedł do góry i zasnął, gdy tylko przyłożył główkę do poduszki. My też padłyśmy wykończone.
W niedzielę rano wyszliśmy po śniadanku i znów na spacerek. Drugie śniadanie jedliśmy w pijalni czekolady Wedla. Przepiękne, stylowe wnętrze i przepyszne naleśniki. Młody siedział spokojnie i grzecznie zajadał (szkoda, że tak ładnie zajada jedynie czekoladę), a ja obserwowałam ludzi. Większość z nich to turyści, przukłuła jednak moją uwagę para starszych ludzi. Ona piękna dama i to piękna w każdym calu od starannie ułożonej fryzury, poprzez jedwabną koszulę, a na pantoflach na niewielkim obcasie kończąc. On - przystojny dżentelmen w garniturze. Siedzieli i czekali na kogoś i rzeczywiście po chwili zjawili się mężczyzna w średnim wieku w typie biznesmena z klasą i młoda, śliczna, uśmiechnięta dziewczyna, która od razu powiedziała ciepło i z radością  "witaj babuniu". Dziewczyna miała staranny makijaż, ubrana z klasą, ale młodzieżowo. Cudownie było na nich patrzeć, nie tylko dlatego, że była to czwórka pięknych, kulturalnych, dobrze ubranych ludzi, ale była to rodzina, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem, ciepłem i miłością. Obserwowałam tych ludzi i pomyślałam sobie, że tak właśnie wyobrażam sobie krakowską elitę - ludzie eleganccy, starannie wyglądający, spotykający się w niedzielne przedpołudnie w kawiarni. Byli fantastyczni, wywarli na mnie duże wrażenie.
Wyruszyliśmy do domu wczesnym popołudniem i zostawiwszy siostrę we Wrocławiu, pojechaliśmy dalej sami, do domu. Tata z młodszym synkiem ucieszyli się bardzo na nasz widok, a ja stwierdziłam, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, bo nie ma to, jak wyspać się we własnym łóżku z ukochanym mężczyzną u boku.